Odgłos odbijania się stóp od ciemnej podłogi było słychać w całym pomieszczeniu, mogąc się nawet pokusić o stwierdzenie, że w całym dwupiętrowym, luksusowym mieszkaniu znajdujący się w dużym wieżowcu w samym środku zatłoczonej Warszawy. Szatyn ciągnąc za sobą dość dużą walizkę, starał się nie obudzić swojej matki, spodziewając się, że zrobiłaby nie małą awanturę z powodu, że nie daje jej się wyspać do pracy. Zatrzymał się w połowie drogi do schodów, wyglądając za okno, chcąc się dowiedzieć czy pomimo późnej godziny, stolica nadal tętniła życiem jak za dnia. Nie pomylił się.
Ludzie ubrani w imprezowe ubrania, chodzili po chodniku, a suknie niektórych kobiet odbijały od siebie kolorowe światła neonów różnych barów, zachęcających swym wyglądem do wejścia i roztrwonienia pieniędzy na alkohol, narkotyki.
Odwrócił wzrok, dalej sunąc po ciemnym drewnie swoimi skarpetkami by wydawać jak najmniej odgłosów. Schodząc kolejno po stopniach, uważał by torba z różnymi ubraniami oraz innymi potrzebnymi rzeczami, się na niego nie przewróciła. Będąc już na parterze obszernego ''domu'', skierował się do wyjścia, zabierając z wieszaka kurtkę oraz szalik, który luźno przewiesił na swojej szyi, na nogi zakładając glany, które miały za sobą wiele przejść, ale nie śpieszyło mu się z kupnem nowych. Sprawdził ostatni raz w plecaku czy aby na pewno wszystko ma, wyliczając sobie w głowie drobnostki, o których nie powinien zapomnieć, ponieważ mogą zapewnić dłuższy pobyt oraz zamieszkanie w małej miejscowości położonej blisko gór. Zakluczył za sobą drzwi, oddychając z ulgą, że jest coraz bliżej swojego celu. Schował je odruchowo do kieszeni kurtki, wahając się czy przypadkiem nie wrzucić ich do rzeki bądź pozostawić na jakimś wysypisku, byle tylko nie wracać do swojego małego więzienia, które zapewniła mu rodzicielka, mówiąc, że chodzi tu o jego bezpieczeństwo. Tak na prawdę, przejmowała się tylko swoimi pieniędzmi, których miała pod dostatkiem.
Ruszył w stronę windy, ostatni raz zerkając na drzwi, za którymi było jego stare życie, które postanowił porzucić. Zgarnął niesforną grzywkę z oczu, zaczesując ją na bok, nie chcąc zniszczyć swojego idealnego układu na głowie. Wziął walizkę i powędrował do samochodu, chowając torbę do bagażnika, samemu zasiadając na miejscu kierowcy. Oparł się głową o fotel, zamykając na chwilę oczy.
- Nareszcie wolność... Teraz tylko tam dojechać i rozpocząć nowe życie.
Powiedział do siebie, odpalając silnik, wyjeżdżając z podziemnego parkingu.
Będąc już na miejscu, zatrzymał się obok bloku, który sobie wynajął za duże fundusze, które od czterech lat zbierał na swoim koncie bankowym. Wyjazd planował już od dłuższego czasu, więc nie było co się dziwić, że prędzej czy później to nastąpi. Spojrzał na wyświetlacz swojegoTELEFONU
, przecierając zmęczone oczy. Widząc dochodzącą godzinę czwartą nad ranem, wszedł do klatki, wpisując kod, który wcześniej przygotował sobie na osobnej kartce. Otworzył drzwi od swojego nowego domu, pokonał próg, zamykając je za sobą, woląc zakluczyć jakby jakiś nowy sąsiad postanowił się dowiedzieć kto zajął wolne mieszkanie na parterze.
, przecierając zmęczone oczy. Widząc dochodzącą godzinę czwartą nad ranem, wszedł do klatki, wpisując kod, który wcześniej przygotował sobie na osobnej kartce. Otworzył drzwi od swojego nowego domu, pokonał próg, zamykając je za sobą, woląc zakluczyć jakby jakiś nowy sąsiad postanowił się dowiedzieć kto zajął wolne mieszkanie na parterze.
Wziął się za rozpakowywanie, nie zauważając kiedy skończył swoją pracę, więc się delikatnie uśmiechnął. Odpalił laptopa, sprawdzając, chcąc się upewnić czy aby przypadkiem nie zapomniał o ładowarce, co by było dla niego końcem świata. Upewnił się, że e - mail od jego ciotki jest aktualny, zaczynając go czytać po raz kolejny, by przypadkiem nie wyszedł jakiś drobny szczegół, którego nie zauważył wcześniej. Podparł policzek na dłoni, ponownie zamykając oczy, czując nagłe znużenie z powodu długiej, męczącej sześciogodzinnej podróży. Odsunął od siebie urządzenie byle przypadkiem w nie, nie uderzyć kiedy sen zajmie jego umysł. Podniósł się do siadu, podchodząc powolnym krokiem do okna, przecierając ponownie oczy. Rozejrzał się po pokoju, przeciągając się, postanawiając, że pójdzie się przejść po mieszkaniu.
Pierwsze pomieszczenie, do którego się udał to, oczywiście, kuchnia, gdzie otworzył pierwszą lepszą szafkę, widząc pełne wyposażenie, przekręcając głowę w bok, stając na palcach by dotknąć jakiegoś kubka, upewniając się, że jest prawdziwy. Sięgnął biały z czarnymi nutami na pięciolinii, układające się w melodię, która nigdy nie będzie zagrana przez żadnego kompozytora. Wstawił sobie wodę na herbatę, przeszukując kolejne meble w poszukiwaniu saszetek. Znajdując jedną, wrzucił do naczynia, w ogóle nie patrząc na jej smak. Modlił się tylko, żeby nie wziął żadnej słodkiej, ponieważ miał zamiar iść spać, ale najpierw postanowił pójść odwiedzić swoją ciotkę, która zaproponowała mu pomóc w znalezieniu mieszkania, nic nie wspominając swojemu mężowi, chcąc mu zrobić niespodziankę, że jego siostrzeniec przyjechał do miasta. Na samo wspomnienie o członkini rodziny, mimowolnie się uśmiechnął, drapiąc po głowie. Słysząc, że woda na ciepły napój była gotowa do zalania, zrobił to, przy okazji trochę się parząc wrzątkiem, więc szybko włożył rękę pod lodowatą wodę, co uśmierzyło ból. Czując aromatyczny zapach miętowej herbaty, zaciągnął się jej zapachem, wyczuwając nutkę wiśni na co rozmarzył się nad jej smakiem. Wziął mały talerzyk, nakrywając kubek, ponownie patrząc na godzinę, która wskazywała blisko godzinę czwartą.
Rozejrzał się po pokoju, przechodząc przez framugę, kierując się w stronę frontowych. Zgarnął klucze do ręki, ubierając się, szalik zarzucając luźno na szyję, jak to mając w zwyczaju. Ponownie zakluczył je, wychodząc na dwór, nigdzie nie widząc śladu po żywej duszy. To miejsce było inne niż Warszawa, gdzie nie ważne jaka była godzina, zawsze były tłumy ludzi, którzy prowadzili swoje własne życie. Wsiadł do samochodu, kierując w stronę domu swojej ciotki, doskonale pamiętając większość rzeczy, jakie się tam wydarzyło. Zatrzymał się na parkingu, wysiadając, od razu idąc w stronę drzwi wejściowych. Zadzwonił niepewnie w dzwonek, przestępując z nogi na nogę, słysząc jak ktoś przed nim otwiera drzwi. Zauważył swoją ciocię, do której uśmiechnął się szeroko, widząc plecy zmęczonego wujka, który kierował się po schodach na górę, zapewne idąc spać, będąc zmęczonym całym dniem pracy w kawiarence.
~ * ~
Dość wysoki blondyn wyrzucił właśnie z kawiarenki dwóch silniejszych od siebie chłopaków, którzy stworzyli w środku nie mały chaos rozpoczęty bójką.
- Nawet nie próbujcie tutaj wracać!
Warknął na dwójkę i wrócił do pomieszczenia zatrzaskując za sobą drzwi. Schwycił się za skroń przez dość odczuwalny ból głowy. Poszedł na zaplecze gdzie usiadł i na chwilę odetchnął. Chciał miło się pozbyć dwóch typków, a jeszcze dostał za to wpierdol. Ładnie. Podeszła do niego piwnooka brunetka z chusteczką.
- Trzymaj, krew leci Ci z nosa. Mówiłam żeby zadzwonić po policję...
- I mieć później ciągłe inspekcje czy nic się nie dzieje? Już wolałem dostać i ich wyrzucić na zbity pysk.
Burknął i podszedł do nich starszego mężczyzna w garniturze. Widocznie był niezadowolony z tamtej sytuacji i poprosił dziewczynę aby pozbyła się klientów ze środka.
Po opustoszeniu lokalu, nastała cisza. Czterech pracowników z szefem usiadło przy wieloosobowym stoliku z kanapami ułożonymi na kształt "U". Założyciel siedział w samym środku, mając po lewej i prawej po dwóch pracowników.
- Jak zauważyliście, takie wydarzenia odbywają się coraz częściej. Przez takie bijatyki tracimy coraz więcej klientów ze względu na brak spokoju. Tak też postanowiłem iż skrócimy otwarcie do godziny 16. Zwłaszcza na okres zimowy... Po tej godzinie ludzie przychodzą się upić co nie jest dobre dla tego lokalu. Tak też niestety....
Tu wtrąciła się druga dziewczyna o szarych oczach i blond włosach z kolorowymi pasemkami, z ewidentnym wkurzeniem trzaskając dłońmi o blat stołu.
- Szefie przepraszam, że się wtrącam ale czy nie uważa Pan, że to przesada? Im więcej ludzi przychodzi się napić, tym większe zyski dla każdego! Przecież na tym to polega prawda?
Mruknęła niezadowolona dziewczyna krzyżując ręce pod piersią.
- Oczywiście Margaret. Ale nie można pozwalać na bójki...
Powiedział ze spokojem mężczyzna.
- Ale to nie fair. Może mają powody?!... I skoro będziemy tylko do 16, dostaniemy mniejszą wypłatę, tak?
Zapytała z grobową powagą ukazując swoją prawdziwą postać.
- Niestety tak. Ale kiedy tylko sytuacja się wyrówna...
Znów mu przerwano jej powstaniem z miejsca. Stanęła na proste nogi, opierając się rękoma na przeciwko mężczyzny i się pochyliła lekko w jego stronę.
-Odchodzę.
Warknęła, rzucając na stół swój fartuch i od razu skierowała się na zaplecze. Pan Aloiz przejechał dłonią po twarzy opierając się wygodniej o oparcie.
- Czy ktoś jeszcze chce się zwolnić z pracy?
Zapytał zrezygnowany i po chwili siedzący chłopak na przeciwko Denisa się podniósł i również położył fartuch na stoliku na ten dziewczyny.
- Przepraszam ale potrzebuję pieniędzy...
Powiedział również ciężkim tonem głosu i poszedł w śladu poprzedniczki by zabrać swoje rzeczy.
- Rozumiem, powodzenia Nicolas.
Przy stole zostały trzy osoby. Był to Denis, Mandy, oraz szef lokalu. Blondyn kątem oka widział jak jego przyjaciółka podnosi się z miejsca jednak jeszcze nie ściągała z siebie fartucha. Jest nadzieja choć na nią?
Mandy błagam...
Pomyślał Denis wpatrując się w nią.
- Ja... przepraszam ale chciałabym się zastanowić niż popełnić gwałtowną decyzję.
Odwiązała za sobą kokardę i położyła swój złożony fartuszek z plakietką i jej imieniem. Odeszła z przeproszeniem by się ubrać i wyjść. Już w środku pozostała dwójka. Mężczyzna spojrzał na ostatniego pracownika, który rozglądał się po pomieszczeniu z lekkim... zakłopotaniem. Po chwili podniósł się z miejsca i stanął przed stołem na przeciwko mężczyzny. Jednak zareagował inaczej jak cała reszta pracowników. Uśmiechnął się lekko drapiąc w tył głowy, by po chwili się odezwać.
- Trzeba się wziąć za pracę i posprzątać ten bałagan... Wolę zostać, niż się poddać.
Zaśmiał się cicho pod nosem by się odwrócić i ruszyć za ladę jednak zatrzymał go drugi głos ,a raczej ciche chrząknięcie.
- Dziękuję ale nie lepiej zostawić to na jutro? Najwyżej będzie zamknięte...
- Nie trzeba. Mogę tu zostać i sprzątnąć wszystko. Lepiej ,żeby nie zawodzić klientów, prawda?
Dodał dla wsparcia mężczyzny, który ewidentnie był cały zmęczony wszystkimi sprawunkami.
- Niech Pan jedzie do Pani Ally, na pewno potrzebuje w czymś pomocy. Ja dam radę, postaram się w miarę szybko wyrobić i przyniosę panu klucze do domu.
Powiedział szybko by starszy mógł choć chwilę odetchnąć w domu. Po wielu namowach został sam w kawiarence z pozostawionymi kluczami i kartką co ma podliczyć.
Wpierw się zabrał za ogarnięcie połamanych krzeseł i jednego stolika. Nie obyło się bez kilku wbitych drzazg w palce co nie ułatwiało pozostałej pracy. Ustawił resztę na swoje miejsca przy okazji ilustrując wszystko by zrobić pewien szyfr dla łatwiejszej dalszej pracy. Stawianie kartek z numerkami nie wchodzi w grę tak też pozostało ustalenie wszystkiego w głowie co mu sprawnie poszło. Zmiótł wszystko z podłogi by ta już była czystsza bez kurzu i piachu czy ziemi, a zwłaszcza od tłuczonych kawałków szkła po zbitych szklankach. Żeby nie było kilka razy się przeciął z syknięciem większymi częściami, ale co by było bez tego? Za ladą jednak było najwięcej. Dochodziła godzina 1, nawet nie zauważył kiedy. Westchnął ciężko widząc ile pracy go jeszcze czeka. Zmywanie różnych filiżanek, talerzyków i sztućce zajmowało wieki, a zwłaszcza polerowanie kieliszków różnych kształtów. Wszystko odstawił na swoje miejsce z jeszcze większym zmęczeniem.
- Czy Margaret tutaj coś w ogóle robiła?
Warknął do siebie zirytowany i pewnym sensie się ucieszył, że nikogo tu nie ma. Choć szkoda bo miałby więcej rąk do roboty. No nic.
Denis, nie poddawaj się. John by tego nie chciał
- Prawda John?
Zapytał patrząc w małe lusterko na ladzie gdzie ujrzał mniejszą posta, która się śmiała. Mimowolnie się uśmiechnął i ruszył do pomieszczenia z produktami by zacząć podliczać wszystko co zostało. Niestety nie mógł się skupić na zwykłym podliczaniu co było męczące z faktu iż musiał robić to kilka razy. Pudełka z kawą, różnymi herbatki, ciastami, dodatkami, sam cukier w paczkach i małych saszetkach..... WSZYSTKO!
Spojrzał na zegar... godzina 03:31.
Niedługo godzina duchów.
Pomyślał z kpiną i się zaczął śmiać do siebie. Żartowniś w drodze do szefa udawał, że widzi zjawy...
Ale zabawne.
Udał się do domu rodzinnego, który bardzo dobrze znał z dzieciństwa przez odwiedzanie go przez 2 tygodnie z przynoszeniem lekcji... Chociaż... I tak był tylko kilka razy z powodu połamanych żeber. Westchnął na to niemiłe wspomnienie, które do dziś mu dokuczało ponieważ nie mógł jakoś się wysilać ze względu na stan kości. Zapukał cicho do drzwi mieszkania i ku zdumieniu otworzyła mu kobieta.
- Dobry... wieczór? Przepraszam, miałem przynieść klucze Panu Aloizowi i ....
- Rany boskie Denis! Chodź i to natychmiast! Wyglądasz jakbyś się bił!
Wszedł do środka ledwo stawiając kolejne kroki. Przez nakaz kobiety z ciągnął buty by zostać w dwóch różnych skarpetkach jak to miewał w zwyczaju by zostać poprowadzonym do salonu. Usiadł na kanapie, a kobieta przysiadła obok patrząc na jego dłonie i siny polik. Ta przyniosła apteczkę by się zająć wszystkim, ale ewidentnie tego nie chciał.
- Ale ja na prawdę dobrze się czuje!
Powiedział szybko by nikt o niego się nie martwił i westchnął widząc jak do pomieszczenia wchodzi jego szef. Miał zacząć się tłumaczyć z przeprosinami, ale nie pozwolono mu.
- Denis przecież mogłeś jutro mi je przynieść! Mówiłem żebyś nie siedział długo!
- Przepraszam ale tak jakoś wyszło, że...
I tu znów przerwa na co lekko się skrzywił. Był to dzwonek do drzwi. Zdziwiony Aloiz ruszył w ich stronę.
Nim mężczyzna doczłapał się do drzwi, żona go uprzedziła doskonale wiedząc kto przyszedł i poprosiła by Denisa zaczekał na miejscu gdzie siedzi. Wygnała Aloiza na górę by poszedł się przespać i kiedy nikogo nie było otworzyła drzwi z szerokim uśmiechem. Szatyn zaśmiał się cicho, zamykając oczy, kiedy poczuł, że został wycałowany, ale również ją przytulił do siebie, uśmiechając jeszcze szerzej, że nareszcie mógł ją zobaczyć. Kobieta była od niego niższa o kilka centymetrów, ale nadal nie pozostawała niską jakby można było się spodziewać. Zgarnął grzywkę z oczu, zgarniając na bok twarzy, cały czas mając kąciki ust uniesione ku górze.
- Aiden skarbie! Jak ja za tobą tęskniłam! A jak wyrosłeś!
- Witaj Ally, też za tobą strasznie tęskniłem, m..
Przywitała go gorącymi uściskami i całusami w dwa policzki, nie mogąc przestać się uśmiechać. Nawet zebrały jej się łzy w kącikach oczu.
- Chodź bo zmarzniesz szybciutko..
Pognała go i zamknęła za nim drzwi. Jednak zanim dała mu się rozebrać z kurtki znów objęła go swoimi ramionami. Wierzchem dłoni otarła oczy i pociągnęła nosem. Nie skończył, słysząc jej słowa by szybko wszedł do ciepłego pomieszczenia, od którego aż biło rodzinnym ciepłem, które samo zapraszało do środka, będąc gotowym na przyjęcie gości. Zdjął kurtkę, wieszając ją na wieszaku, kiedy kobieta puściła go z kolejnego uścisku.
- Nie trzeba, ja tylko na... Albo, jeśli to nie problem... Nie jestem głodny oraz jestem już w mieszkaniu, więc nie masz co się martwić, choć wiem, że i tak będziesz to robić. Pozostał bez zmian, aż sam nie mogę uwierzyć. Jutro was na pewno odwiedzę, bo muszę go zobaczyć. Trochę męcząca oraz nużąca, ale! Ważne, że już jestem, prawda? Emmm... Dokładnie, tylko szkoda, że spała.
- Może chcesz herbatę? Albo coś do jedzenia? Albo też spać? Twój pokój ciągle jest gotowy! Jak Ci zleciała droga? Mama pewnie nie chciała Cię puścić z domu!
Szybko mówiąc prowadziła go do kuchni by przygotować coś dla chłopaka. Odpowiedział na każde zadane pytanie, uśmiechając się do niej, opierając bokiem o kuchenny blat, rozglądając się po pokoju.
- Widzę, że nic nie zmieniliście odkąd wiesz co się stało.
W tym czasie na kanapie blondyn zaczął wyciągać z palców małe kawałki szkła czy też drewna sycząc z bólu. Nie wiele myśląc starał się nie zamykać oczu by podziękować Ally i powiedzieć ze musi iść. Dobrze wie że jak tylko wyjdzie bez pożegnania to nie będzie się dobrze działo... znał tą kobietę bardzo dobrze. Nim się obejrzał, zasnął, opadając na kanapę.
~~~~~~~~~~~~~
Noooo tooo... Prolog za mną!
Dziękuję wszystkim za czytanie :>
Biorę się za pisanie/poprawianie rozdziału pierwszego!
W rozdziale użyto: 2517 słów